|
Niebawem po ślubie, tuż po wprowadzeniu się do wynajmowanej chałupki, okazało się, że czas romantycznych wieczorków, pysznych kolacyjek w przytulnej kuchni i sielskiego życia we dwoje definitywnie się skończył.
Słyszałam wcześniej takie zdania, że „po ślubie jest zupełnie inaczej, twarda rzeczywistość wkracza bezpardonowo” itp. Nie wierzyłam. Teraz chyba wiem o czym mowa...
Okazało się mianowicie, ze mam fobię!
Nie na męża, oczywiście. Na węża też nie, ale na takie małe, obrzydliwe z pazurkami, łysym ogonem i szarym (niektórzy mówią: pięknym, szarym” – nie rozumiem ich wcale) futerkiem.
Tak, to właśnie MYSZ! Ratunku! Jak widzę tylko ten wyraz, zaczyna mnie dziwnie telepać w środku. Od chwili kiedy ją zobaczyłam, moje życie legło w gruzach. Ze szczęśliwej, świeżo upieczonej mężatki, przeobraziłam się w znerwicowaną i wypaloną. Można powiedzieć: „Cóż taka mała myszka wobec wielkiego człowieka?” Niby tak, ale jak skoczy na mnie?! Wbije się pazurami i będzie wymachiwać tym swoim łysowatymogonem! A do tego jak będzie głodna, to na pewno odgryzie mi ucho! I co wtedy?! Wyobrażacie sobie?! I jak tu być spokojna i miłą dla męża, jeśli każdy szmerek z kuchni jest natychmiast wychwytywany przez moje uszy (jeszcze na szczęście całe)?
A propos kuchni – wchodziłam tam tylko wtedy, gdy niezbędnie musiałam i robiłam to według ścisłego planu strategicznego. Mianowicie: chcąc uprzedzić niechcianą lokatorkę kuchni, że właśnie nadchodzi właściciel lokalu i że należałoby się ewakuować, waliłam ręką trzy minuty w drzwi (tak długo na wypadek gdyby spała). Pomagało ale do czasu. Otóż któregoś wieczoru myłam sobie spokojnie (no, powiedzmy, że spokojnie) naczynia, a ta bezczelna i niewychowana wylazła nieproszona obok zlewu i centralnie szła na mnie. Naprawdę! Na szczęście refleks miałam w znacznie lepszym stanie niż nerwy – udało mi się zbiec i jakoś uszłam z życiem (tylko gardło mnie trochę potem bolało).Następnego dnia zainstalowaliśmy łapki (wiem, że to okrutne, ale czy ja jej – a właściwie im – kazałam akurat do nas przyłazić?!).
Myszy już nie ma, ale nerwica nadal trwa. Ostatnio o ból brzucha i kołatanie serducha przyprawił mnie cień mojej własnej ręki! Nieźle, co?
Tak, tak czytałam gdzieś, ze „nerwicy gorzej się pozbyć niż myszy z domu”. Ale ta przynajmniej nie ma pazurów ani tego łysolca.
O fuj! Nie mogę już więcej pisać o tym, bo nasilają mi się odruchy drgawkowo – wymiotne i pogłębiają zmarszczki na twarzy od grymasu obrzydzenia i strachu. Może niektórzy powiedzą: „Wystarczy sprawić sobie kota (tyle ich przecież biednych pałęta się po piwnicach) i kłopot z głowy”. O! To tylko wydaje się takie proste! Kotów też się boję, ale to już zupełnie inna historia.
Znerwicowana Aga |