Na casting do programu zgłosiło się 100 tysięcy kandydatek. Chcą poddać się plastycznym operacjom, by zlikwidować zmarszczki, wyprostować nosy, powiększyć biusty. Źony i matki zostawiają swoje dzieci i rodziny, by wreszcie "zrobić coś dla siebie". Ich bliscy - zamiast pomóc im i wytłumaczyć, że zmarszczki na twarzy są naturalnym przejawem starzenia się u ludzi - pogrążeni w smutku nad tymi fizycznymi zmianami i jednocześnie, zachwyceni odwagą pań, wtórują im w ich dążeniu do metamorfozy.
Program Chcę być piękna jest polską wersją holenderskiego przeboju telewizyjnego, pod tytułem Make Me Beautiful. "Wariacje na temat" popularne są w Wielkiej Brytanii. Tam można prześledzić proces metamorfozy, której poddają się panowie. Choć ta wersja jest zdecydowanie bardziej uboga w otoczkę emocjonalną i nie jest tak przesycona dramatyczną nutą - nie brakuje jej ani kolejnych bohaterów, ani wiernych telewidzów. Udział w takim - piśmiennym, czy telewizyjnym - przedsięwzięciu, pozwala jego bohaterkom przede wszystkim, na urzeczywistnienie pewnych, kosztownych marzeń. Jest też, oczywiście, wyśmienitą reklamą dla bohaterów - specjalistów.
Pani M. uważa, że ma zbyt duży nos. Chce zmienić swój wygląd, ponieważ jest przekonana, że ludzie, których poznaje, i z którymi rozmawia nie patrzą na jej twarz, ale tylko na jej nos. Jest więc bardzo samotna i dlatego zgłasza się do programu. Przechodzi przez gabinety kolejnych fachowców: od kosmetyczki, fryzjerki, stylistki, przez dietetyka, stomatologa, po chirurga plastycznego. Po rozmowach z lekarzem postanawia także powiększyć sobie biust. I tak się to zaczyna.
Proces przeprowadzania wszystkich zabiegów jest długotrwały. Na ten czas, bohaterka opuszcza swój dom i zostaje zakwaterowana w specjalnej klinice, czy hotelu - z daleka od rodziny i bliskich. Telewidzowie mogą obserwować jej zmagania z osamotnieniem. Nie brak tu scen, które obfitują w potoki łez i szlochań do poduszki. M. jest sukcesywnie poddawana zaplanowanym poprawkom. Uczęszcza na siłownię, lekcje "pięknego poruszania się", wprowadza dietę i odwiedza gabinet stomatologiczny. Przychodzi czas na zabiegi chirurgiczne. Napięcie znowu wzrasta, bohaterka "wie, że wszystko będzie dobrze", cierpi ból po operacjach, spaceruje z zabandażowaną twarzą, ze łzami w oczach czeka na zdjęcie szwów. Odpowiedni fachowcy proponują jej "zmianę stylu". M. przebiera w nowych kreacjach. Gości u fryzjera i kosmetyczki. Okazuję się, że w programie zadbano także o jej kondycję psychiczną. Kilka spotkań z psycholożką. Ta życzliwie wytłumaczyła M., że kompleks zbyt dużego nosa stanowił jej imaginację i, że w rzeczywistości, nikt nie zwracał uwagi na jej nos z taką natarczywością, jak jej się wydawało. Przedsięwzięcie kończy się oczywiście sukcesem wszystkich bohaterów. Cudotwórcy - specjaliści spisali się bezbłędnie. M. przetrwała wszystkie kryzysowe sytuacje i teraz witana jest "w nowej szacie graficznej" przez współ-czującą z nią, przez cały czas, rodzinę.
Fenomen programów takich jak Chcę być piękna wskazuje na niepokojące zjawisko. Okazuje się, że wielu ludzi ma poważne problemy z "polubieniem siebie". Ważniejsza zdaje się być forma, niż treść - to jak wyglądamy ma większą wartość, niż to, kim jesteśmy. To smutne, że troskę o pewne wymiary naszego człowieczeństwa odsuwamy na dalszy plan, na rzecz korekcji w fizycznej sferze. Przecież dzieci chcą mieć kochającą mamę, która nie będzie zostawiać ich na sześć tygodni, by wyprostować sobie nos.
Czy rzeczywiście wyzwaniem jest ufne oddanie się w ręce fachowców, którzy uczynią z nas cud-piękności? Czy może raczej wyzwanie, to pójście drogą samoakceptacji, na której trzeba nauczyć się lubić swoje ciało. Każdy ma swojego "mola" i pewnie nie musiałby się bardzo sobie przyglądać, żeby stwierdzić, że potrzebuje "poprawki". Czy warto takie korekty wprowadzać na dużą skalę, uciekając się do chirurgicznych zabiegów, będą mogli powiedzieć za jakiś czas ci, którzy się na taki krok zdecydowali.
Hanna Górka