O tym, że student nie ma kasy, wiedzą wszyscy, a zwłaszcza student. Ale że brać studencka coraz bardziej przedsiębiorcza, to pomysłów na dorobienie drobnej sumy nie brak... Kiedy więc i mi zajrzała w oczy potrzeba gotówki, postanowiłam wziąć się do roboty.
Trafiła mi się praca w charakterze poszukiwacza reklamodawców do gazety. Trzeba było znaleźć klientów, przedstawić ofertę i ewentualnie podpisać umowę. Zajęcie, na pierwszy rzut oka, całkiem przyjemne. Pobiegam po mieście - pomyślałam - pogadam z ludźmi, sprzedam i zarobię! Wyzwań się nie boję, zdobędę nowe doświadczenie, będzie ok.
Przygotowawszy się solidnie do przedstawiania oferty, zaplanowałam miejsca, w które się udam, a było ich sporo, bo prawie wszędzie widziałam potencjalnych klientów. Po kilku odpowiedziach odmownych jeszcze nie byłam zrażona. Ryzyko zawodowe - myślałam sobie. Ale w miarę upływu czasu, odmowy zdarzały się częściej, ja przemierzałam kolejne kilometry, dopisywałam do listy nowych klientów, inwestowałam w bilety autobusowe i zasilałam konto telefonu, wciąż z mizernym rezultatem. Co gorsza, zaczęłam tracić dobre zdanie o ludziach, z którymi rozmawiałam. Liczyłam się oczywiście z tym, że ktoś może nie przyjąć mojej propozycji, ale okazało się, że mało kto poinformował mnie o tym wprost! Zamiast tego połowa moich klientów stosowała takie techniki jak: "Zadzwonię do pani" (i nie dzwonili), "Proszę do mnie zadzwonić za tydzień" (i wyjeżdżali na wakacje, telefon był głuchy), "Będę tu w poniedziałek, proszę do mnie zajść" (po czym w wyznaczony dzień nie mogłam ich zastać). Moja frustracja osiągnęła apogeum pięknego czerwcowego dnia, kiedy jeden klient po około dwóch minutach przerwał mi przedstawianie oferty, twierdząc, że jest ona do niczego, a następnie zapytał czy dobrze znam angielski, jaki jest mój znak zodiaku i czy chce pracować w jego szkole językowej! Wróciłam do domu z poczuciem osobistej porażki... Oczywiście, przez cały czas nie było tak źle, zdarzały się sympatyczne i rzeczowe rozmowy oraz mili ludzie. Sprzedałam nawet kilka reklam. Ale kwota, którą wtedy zarobiłam, zdecydowanie nie była adekwatna do zainwestowanego czasu i wysiłku, zwłaszcza, gdy odliczyłam pieniądze wydane na telefon i bilety...
Przypominając sobie teraz tą sytuację, mogłabym spokojnie powiedzieć: "Zmarnowałaś na to prawie miesiąc czasu i właściwie nic nie zarobiłaś!". Ale z perspektywy czasu widzę to inaczej. Owszem, zarobiłam niewiele i włożyłam w to mnóstwo wysiłku, ale zdobyłam coś bezcennego: doświadczenie i osobisty rozwój. Nauczyłam się wiele o ludziach i myślę, że pozbyłam się niektórych naiwnych wyobrażeń o świecie. Dowiedziałam się też czegoś o samej sobie. Wiem już, jak reaguję na frustracje, ale nauczyłam się też radzić sobie z porażką i być wytrwałą podczas niepowodzeń. Poza tym zdobyłam sporo doświadczeń z dziedziny marketingu, negocjacji czy sprzedaży! Przydały mi się po kilku miesiącach, gdy potrzebowałam pieniędzy na wakacje. Bogatsza w doświadczenie i wiedzę, małym wysiłkiem zarobiłam dwa razy więcej niż poprzednio! Ale jest jeszcze jeden istotny powód, dla którego postrzegam to doświadczenie jako coś wartościowego: jestem chrześcijanką i wierzę, że Bóg potrafi każdą sytuację wykorzystać ku czemuś dobremu. Wierzę, że dał mi tę lekcję w konkretnym celu i chociaż już teraz dostrzegam jej pozytywne skutki, to myślę, że kiedyś w przyszłości, znów ze zdumieniem odkryje jak wiele mi to dało. I może czytając ten tekst myślisz sobie: "Ale ja nie wierzę w Boga i nie wiem jaki jest sens zmagań, przez które teraz przechodzę". W porządku, nie musisz wierzyć w Boga. Ale uwierz mi, że kiedy razem z Nim przechodzi się przez trudności, ma się zupełnie inną perspektywę...
SLY
niuniak1@wp.pl