Magda Derezińska, od urodzenia mieszka w Zakopanem. Studiuje filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Od 6 lat uprawia skialpinizm. Należy do Bergson Team oraz KS Kandahar. Jest wicemistrzynią świata 2004 w skialpinizmie w kategorii do 23 lat, brązową medalistką Pucharu Europy 2004, złotą medalistką Pucharu Europy Środkowej 2006 oraz Pucharu Polski 2002 i 2004, a od czterech lat także Mistrzynią Polski. Jako pierwsza Polka ukończyła 4-dniowe zawody Pierra Menta 2006, uważane za najcięższe zawody skialpinistyczne na świecie. O zmaganiu się i motywacji rozmawiała z nią Katarzyna Michałowska.
Na czym polega Skialpinizm?Skialpinizm to po polsku narciarstwo wysokogórskie. Jest to coraz bardziej popularna dyscyplina sportu mająca w Polsce zagorzałych zwolenników. Najogólniej, w sporcie tym chodzi o zdobywanie szczytów, przełęczy i innych punktów, po to, aby zjechać z nich na nartach.
Co jest w tym sporcie najtrudniejsze?To, że jego tłem są góry. Trzeba umieć być odpowiedzialnym i pokornym. Dużą sztuką jest wyczucie granicy pomiędzy rozwagą, przestrzeganiem bezpieczeństwa a ryzykiem i górską przygodą. Jeśli chodzi o sportową stronę skialpinizmu to najważniejsza jest siła psychiczna oraz umiejętność pokonywania słabości ciała oraz umiejętność motywowania się do wytrwania do końca wielogodzinnego podchodzenia i podbiegania w górę oraz zjeżdżania. Jest to ciężka walka z samym sobą.
Dlaczego zaczęłaś trenować?Wychowałam się w rodzinie o tradycjach sportowych. Mój tata był wybitnym, światowej sławy narciarzem alpejskim. Od dzieciństwa uwielbiałam jazdę na rowerze, grę w tenisa, siatkówkę, wycieczki po Tatrach. Lubiłam sprawdzać swoje siły. Aż w końcu zaczęłam biegać po Tatrach i poznałam bliżej środowisko ludzi gór. Pewnego dnia znajoma przewodniczka zaproponowała mi wycieczkę narciarską, bo szukała partnerki do zawodów. Pożyczyła mi sprzęt i tak się to zaczęło. Skialpinizm od razu bardzo mi się spodobał.
Skąd czerpiesz motywację do takiego wysiłku?Generalnie, z motywacją jest różnie. Czasem na treningach lub zawodach jest ogromna. Po prostu chce się wypluwać płuca, walczyć do upadłego. To są fajne momenty. Czasem motywacja i poczucie sensu wymyka się, ale tutaj można przeżyć inny rodzaj fajności, takiej, która odsłania najgłębsze pokłady własnego ja, do którego trzeba w momencie zwątpienia głębiej się dokopać, by tam znaleźć ów sens i świadomość, dlaczego się to robi.
Czy były momenty zwątpienia?Tak. Zwłaszcza w tak wytrzymałościowej dyscyplinie, jaką jest skialpinizm, kiedy zawody nie trwają trzy minuty, ale trzy godziny… to naprawdę długo. Zwłaszcza, gdy minuta za minutą trzeba dawać z siebie jak najwięcej, a zmęczenie narasta i narasta… Pamiętam wiele startów, kiedy przeżywałam momenty dużego osłabienia i zniechęcenia. Pojawiały się pytania - po co to robię, jakie to ma dla mnie znaczenie, i czy w ogóle dla kogokolwiek ma. Wtedy najmocniej odczuwałam, że muszę oprzeć się o kogoś z zewnątrz. Tym kimś mógłby być ktoś bliski z rodziny lub przyjaciel. Ale szybko zdawałam sobie sprawę, że to nie jest osoba, o którą mi chodzi. Moi bliscy, mimo, że cieszą się z moich sukcesów, nie motywują mnie w pełni. Raczej martwią się o moje zdrowie i wyeksploatowanie fizyczne. Zawsze wtedy mocno dochodziło do mnie, że tylko ktoś taki jak Jezus, który ofiarował siebie za mnie, mógłby chcieć mojego poświęcenia i mojego wyrzekania się siebie... i jeśli w takich momentach największych kryzysów biegłam dalej i nie wycofywałam się z zawodów - to śmiało mogę powiedzieć, że zawsze motywacją był dla mnie Bóg. To brzmi pewnie trochę jak umartwianie się, asceza, ale myślę, że coś w tym jest, bo jak mawia jeden z moich najlepszych przyjaciół - Trzeba umierać, aby żyć…
Czy chcesz powiedzieć, że wiara jest dla Ciebie siłą napędową w sporcie?Tak, coś w tym rodzaju. Wszelka aktywność fizyczna, która nie ogranicza się do przebywania tylko na siłowni lub w sali fitness może spowodować, że staniemy z sobą twarzą w twarz. Przy bardzo dużym wysiłku fizycznym, w którym podchodzę niemal do granic znoszenia bólu, pytam sama siebie o sens i cel tego zmęczenia. Ale zaraz uświadamiam sobie, że nie mam tych sił sama z siebie. Te niespożyte możliwości daje mi Bóg. Mogę tylko odczuwać z tego powodu wdzięczność i iść dalej.
Czy masz jakieś rady dla studentów jak zachować dobrą kondycję?Doceniajcie zbawienną moc choćby półgodzinnego biegu odbytego między zajęciami na studiach a np. przygotowywaniem się do sesji czy zajęć. Tak dotleniony umysł, oczyszczony z wielu godzin spędzonych w salach i na ulicach jest dużo bardziej pojemny na wiedzę. Mogę powiedzieć to z całą pewnością, bo sama na własnej skórze już od pięciu lat testuję połączenie studiowania na studiach dziennych z codzienną porcją treningu, często nawet bardzo wyczerpującego.
Zatem zachęcam wszystkich do bycia aktywnym fizycznie, bo to naprawdę pomaga. Wyrwij się choć na chwilę z codziennej szarości studenckiej. A gdy doprowadzi to do spotkania samego siebie i Kogoś zawsze dla nas obecnego, będzie to znaczyło, że już jesteśmy prawdziwymi sportowcami.